Zimowa wyprawa na Rurzycę

     Dnia 12 lutego wyjechaliśmy na wycieczkę z zamiarem spłynięcia rzeką Piławą. Odpowiednio zabezpieczeni sprzętowo i ciepło ubrani chcieliśmy zmierzyć się z ekstremalnymi warunkami pogodowymi na doskonale nam znanej rzece.

     Po dojechaniu do miejsca startu stwierdziliśmy jednak, że cała rzeka skuta została lodowymi okowami i nie ma szansy na zrzucenie na nią kajaków. Postanowiliśmy wykorzystać mroźną i słoneczną aurę, aby pozwiedzać miejsca związane ze spływami ks. kardynała Karola Wojtyły. Dojechaliśmy do niedalekiej Rurzycy i po krótkiej wędrówce doszliśmy do Kamienia Papieskiego ustawionego na pamiątkę ostatniej wodniackiej przygody ks. kardynała Karola Wojtyły z lipca 1978 r. To właśnie z tego miejsca, w czasie spływu kajakowego, został on wezwany do Rzymu na konklawe po śmierci papieża Pawła VI. Zaś po niespodziewanej śmierci jego następcy Jana Pawła I, sam został w październiku 1978 r. wybrany na Stolicę Piotrową jako Jan Paweł II.

     Wychowankowie z wielkim zainteresowaniem słuchali opowieści o kajakowych przygodach ks. Karola Wojtyły – o jego wielkiej pasji, jaką były wędrówki w górach. Las, który nas otaczał był cichy, mistyczny… Jedynie skrzypienie zmarzniętego śniegu pod naszymi butami rozdzierało pozorną martwotę tej głuszy zimowej. Biel nieskalanego śniegu otaczała nas zewsząd, onieśmielała, obezwładniała, zapierała dech w piersiach. Mroźne powietrze, łykane łapczywie, ochładzało nam rozpaloną krew w płucach. Gdy weszliśmy na taflę Jeziora Krępskiego, poczuliśmy się jak profani na lodowym ołtarzu niezmiernego Boga. Jaskrawy błękit nieba odcinał ostrymi refleksami czystość myśli i idei. Cicho, jak duchy, aby nie zbudzić śpiącej pod nami wody, zatopieni w swoich marzeniach, pisaliśmy butami na tafli swoje uczucia skrywane przed innymi…  Wspominaliśmy wiosenny czas kajakowych przygód.  Teraz, zimą, rzeki i jeziora skute są lodem, miejscami jest on gruby, gdzie indziej jest cieńszy lub nawet na oparzeliskach w największe mrozy w ogóle go nie ma.  Nie tworzy on równej powierzchni jak na lodowisku. Fale zastygły na chwilę na jago płaszczyźnie podłużnymi bruzdami.

     Gdy wsłuchaliśmy się chwilę, słychać było pod nim miarowy, ale jakby ciężki, kipiący lub bulgoczący szum wody. Jakby się ona dusiła pod tą ciężką pokrywą. Gdzieniegdzie przebijały się ciche jej dźwięki uderzającej o lód, przypominające trochę srebrne dzwoneczki…

     Jeszcze trochę kajakowych zjazdów z pochyłości moreny, ognisko i smaczne kiełbaski.  Pełni wrażeń i przemyśleń powróciliśmy do zakładu.